Łączna liczba wyświetleń

sobota, 2 marca 2013

Rozdział siódmy.

Czytasz? Skomentuj :) Nie ma konta na blogspocie? 
Wybierz opcje ''anonimowy'' i wyraź swoje zdanie.



Wpatrywała się we mnie. Nie umiała wydobyć z siebie ani słowa ze wściekłości. Wiedziałem, czego tak nie mogła przeżyć i kto był powodem tego wszystkiego, co działo się z nią. Byłem to ja. 
Spędzałem tyle czasu z Sabine, Jacksonem, że zupełnie odsunąłem się od Ever, a kiedy poprawiła się sytuacja z Sabine to wróciłem do domu, do Ever.
- Cześć- odważyłem się w końcu odezwać się. Czułem się zażenowany całą zaszłą sytuacją, która miała miejsce przy drzwiach.
- Słucham?!
Nie odrywała ode mnie wzroku. Odczuwałem, że prześwietlała mnie i nie umiałem niczego ukryć przed nią. Pierwszy oderwałem wzrok od niej. Nie mogłem tkwić dalej w tej chwili, bolało mnie to, że zraniłem ją. Widziałem w jej oczach, jaka była zraniona. Spuściłem głowę i potarłem dłońmi skronie.
Wybił mnie ze spokoju gorliwy, nagły śmiech, jej śmiech, który uwieńczyła chłodnymi łzami. Zalała nimi całe policzki. Nie spuszczałem jej z oczu. Była tak przygnębiona, że sam łamałem się, by nie przytulić jej, kiedy trzymała mnie na dystans. Wyparowała z niej jakakolwiek siła na kłótnie ze mną i wbiegła na górę, nie kryjąc swoich łez. Bez wahania ruszyłem za nią. Wciąż była bardzo bliska mojemu sercu i zdawała się być taka krucha. Choć ostatnio nie najlepiej układało się między nami, niewiele spędzaliśmy razem czasu to nadal kochałem ją całym sobą.
- Ever, co Ty wyprawiasz?
Wszedłem za nią do naszej sypialni. Uklękła przy garderobie, wyjmując z jej głębi swoją walizkę. Wyjmowała z wnętrza i wkładała do środka walizki ubrania, buty i całą resztę, a mnie zalała zimna krew.
- Nie widać?! Odchodzę, tak jak odszedłeś Ty- odpowiedziała zdesperowana, ciągle łkając.
- Nigdzie nie odszedłem... po prostu... Ever, jestem już i nie wybieram się donikąd.
- Romano, ale ja odchodzę- odpowiedziała doraźnie i skierowała się do łazienki, skąd zabierała swoje kosmetyki, ręczniki, szczotki.
Wyglądała na pewną i zdecydowaną, ale nie zamierzałem jej wypuścić spod mojego dachu. Jak wracałem do domu, byłem pewny, że nic nie ujdzie mi na sucho, ale nie myślałem o takiej reakcji ze strony Ever. Nie znałem jej od tej strony. Nie zdążyłem odetchnąć od dramatów Sabine, a tu już moje życie legło w gruzach.
- Dlaczego Ever?- Spytałem, zatrzymując ją siłą w wyjściu z łazienki.
Patrzyłem prosto w jej oczy. Odnosiłem wrażenie, że znów stałem naprzeciwko dziewczyny, która rok temu próbowała odebrać sobie życie. Krucha, samotna i zrozpaczona, znów taka była. Tym razem za moją sprawą, nie Jacksona. Okrutnie czułem się, że doszedłem do takich wniosków. Dotarło do mnie, że zrobiłem coś gorszego niż Jackson. On próbował ratować ją, zrobił to, by była bezpieczna. A ja? Chyba nie miałem żadnego wytłumaczenia.
- Nie mam sił ciągle myśleć, gdzie podziewasz się i czekać na Ciebie dniami i nocami. Ja passuję Romano.
Puściłem ją w przejściu i wpatrywałem się, jak dalej pakuje się. Otępiony stałem w futrynie drzwi od łazienki i nie potrafiłem jej zatrzymać przy sobie. Kiedy odzyskałem swoją świadomość, ona zamykała zamek w walizce. Podszedłem do niej i schwytałem jej dłonie w silny uścisk.
- Zostaw mnie w spokoju- krzyknęła i odpychała mnie rękoma, ale nie zdołała odsunąć mnie na milimetr.- Romano, zostaw mnie! Nie chcę mieć z Tobą nic wspólnego!
Błękit jej oczu tonął w łzach, a to za moją sprawą. Poczułem silne ukłucie w piersi i w tej samej chwili odwróciłem wzrok, nie mogłem dalej patrzeć, jak cierpiała. Pocierałem jej chłodne, kościste palce, a ona rozpłakała się jak małe dziecko. Ogarnąłem ją ramieniem i przytuliłem ją do siebie, lekko kołysząc się wraz z nią. Chciałem uspokoić ją, chociażby tyle zrobić dla niej.
- Brakowało mi Ciebie- odezwałem się szczerze przyciszonym głosem, łagodząc jej jedwabiste włosy.
- Każdy dzień poza domem bez Ciebie był dla mnie wewnętrzną udręką, ale musiałem załatwić kilka spraw, by teraz móc być z Tobą na zawsze- szepnąłem jej do ucha.- Rozumiesz?
Odchyliła się lekko i sięgnęła do moich ust, obdarowując je namiętnymi, pełnymi utęsknienia pocałunkami, po czym wyswobodziła się z moich dłoni. Odsunęła się, sięgnęła za rączkę walizki i wychodząc z pokoju w końcu odpowiedziała mi na zadane przeze mnie pytanie:
- Nie, nie rozumiem Cię. Nie mogę być z chłopakiem, który ma przede mną tajemnice i nie jest szczery ze mną. Przykro mi. Żegnaj.
- Ever, gdzie Ty wybierasz się? Gdzie zatrzymasz się?
- Wracam do domu.
- Tu jest Twój dom, Ever.
Stanęła przed wyjściem i zerknęła na mnie ostatni raz wzrokiem przepełnionym bólem i rozpaczą.
- Nie pomyślałam, że tak mogłoby skończyć się.
- Ever, czy Ty chcesz powiedzieć, że z nami koniec?!
- Żegnaj- odpowiedziała i zamknęła drzwi za sobą.
Nie wierzyłem własnym oczom. Wciąż byłem roztrzęsiony tym całym wydarzeniem i nie mogłem dojść do siebie. Naprawdę odeszła. Rozgoryczony nie mogłem przestać mieć do siebie pretensji. Byłem winny bólu, który zadałem jej i sobie... jedyny winny, ja...






Siedziałam zrelaksowana na sofie, kiedy na wyświetlaczu mojego telefonu pojawił się numer Ever. Zdziwił mnie jej nagły telefonu. Nie miałyśmy ze sobą żadnego kontaktu od dnia, w którym rozstałyśmy się na wakacje, rzecz jasna. Po chwili jednak odebrałam go ze spokojem w głosie:
- Ever, jak miło znów cię słyszeć- starałam się, żebym brzmiała naturalnie z gulą, która ugrzęzła właśnie w moim gardle.
- Taylor, na szczęście odebrałaś. Bałam się, że już nie odezwiesz się, że gdzieś wyjechałaś dalej...
- Stało się coś, Ever?- Zapytałam, próbując zainscenizować swoją troskę.
Przeczuwałam, że musiało stać się coś, że tak nagle odezwała się. Nie wierzyłam w to, że tak po prostu stęskniła się za swoją szkolną ''przyjaciółeczką''. Znałam trochę Ever, choć była niegdyś sympatyczna to nie okazywała to tego, więc przesłodzone, ciągłe telefony nie były w jej stylu.
- Ever, jesteś przy telefonie? Kochana odezwij się!
- Tak stało się, Taylor. Chciałabym z tobą się spotkać. Masz czas?
- Jak na razie jeszcze nigdzie nie wyjechałam... więc tak.
- Czyli nic nie stoi na drodze, byśmy spotkały się?
- Nie, z chęcią spotkam się z tobą- próbowałam wysilić się na odrobinę radości w moim głosie.- Erick ucieszy się również.
- Taylor..  no właśnie. Chciałabym spotkać się z tobą na wyłączności.
- Hmm, no pewnie, nie ma problemy. Może jutro 15 na przedmieściu w kawiarence Street 125?
Tak naprawdę był wielki problem. Nie miałam chęci spotykać się z nią, z nią na osobności.
- Okay! Dziękuję Taylor! Do zobaczenia- odpowiedziała i rozłączyła się.
Nagły odzew Ever wybił mnie z rytmu. Nie miałam pojęcia, co miała tak ważnego do powiedzenia mi i co takiego nie mogło jeszcze miesiąc poczekać, aż do powrotu szkoły.
Nie zauważyłam, kiedy obok mnie zjawił się Jackson.
- Kto dzwonił?
- EVER- niechętnie wypowiedziałam na głos, myśląc ciągle, czego oczekiwać mogła. Miałam nadzieję, że niczego nie zaczęła domyślać się, ani nic z tych rzeczy. 'Na pewno nie domyśla się', pomyślałam sobie, przypominając z jaką osobą miałam do czynienia i aż roześmiałam się. Uspokoiłam się, pamiętając, że obok stoi zaniepokojony Jackson i ponownie skierowałam swój wzrok właśnie na niego. Z dnia na dzień coraz bardziej nie poznawałam go. Zmieniał się wizualnie, ale i wewnątrz był zupełnie innym 'człowiekiem'. Przemiana zadziałała na niego w ogóle inaczej niż na mnie. On stał się opiekuńczy, a ja stałam się arogancka, nie licząca się z uczuciami innych. Ważne było tylko moje ja.
- Stało się coś, Sabine? Zachowujesz się nadzwyczajnie dziwnie po tym telefonie.
- Nie wiem, czego może ode mnie chcieć.
- Jeżeli pamięć nie myli mnie to sama starałaś się, żeby zaufała Taylor. Powinnaś więc cieszyć się, że udało się tobie.
- Nie sądzę, że jej chodzi o zwykłe plotkowanie. Mogłaby przez telefon, ale ona koniecznie chce spotkać się ze mną, na wyłączność i na neutralnym gruncie.
Rysy idealnej twarzy Jacksona zniekształciły się. Widziałam, że wpadł w lekko furię.
- To jego sprawka!- Wykrzyczał, aż na moim ciele pojawiły się dreszcze.
Skrzywiłam się. Widocznie zauważył to, bo zaraz przeprosił mnie i stał skruszony swoją postawą. Po chwili jednak spróbowałam to wymazać z pamięci i zapytałam go:
- Co dokładnie masz na myśli?
- Wygadał jej, kim naprawdę jesteśmy.
- Obiecywał, że tego nie zrobi... Nie wierzę... na pewno nie powiedziałby jej...
- Sabine, on wszystko zrobiłby, ratując swój własny tyłek! I jeśli tak stało się to musimy wyjechać stąd jak najszybciej, a co do niego to jeszcze pomyślę... bez konsekwencji nie zostanie.
- Jackson!- Krzyknęłam za nim, ale nie zawrócił się.




Nie mogłem wytrzymać sam ze sobą w czterech ścianach mojego mieszkania. Bez Ever te mieszkanie było tak puste, bez żadnych oznak życia. Nie było sensu tu dalej tkwić.
Pogoda za oknem zachęcała do wyjścia na zewnątrz.
Podszedłem do lodówki i wyjąłem butelkę schłodzonej wody mineralnej. Znalazłem swoją kurtkę z kluczykami i wyszedłem, kierując się do garażu.
Przerażała mnie rzeczywistość bez Ever, jak nigdy dotąd. Wiedziałem, że byłem skończonym głupcem i czułem się z tym fatalnie. 
Wszedłem do garażu, otworzyłem swoje auto i wyjechałem nim w drogę, kierując się do rodzinnego domu Ever. Wciąż miałem nadzieję, że wszystko można odkręcić. Chciałem zobaczyć ją i chociaż spróbować przekonać, aby wróciła, bez nerwów jak ostatnio.
Przycisnąłem gazu i kilka przecznic dalej zaparkowałem samochód przy mieszkaniu Ever.
Poprawiłem swoją skórzaną kurtkę i wyszedłem z samochodu, wyjmując kluczyk ze stacyjki. Spokojnie odetchnąłem i podszedłem do drzwi, pukając w nie. Chwile później stałem już twarzą w twarz z nią. Wyglądała na zmęczoną, ale nie dawała po sobie poznać, że źle dzieje się w jej życiu. Wszystko ukrywała pod skórą. Silna na zewnątrz, krucha wewnątrz, tak była moja Ever...
- Możemy porozmawiać?- Zapytałem, kiedy stanęła w futrynie drzwi wejściowych.
- Wchodź, akurat nie ma nikogo.
Wszedłem za nią do środka. Nigdy wcześniej nie byłem wewnątrz jej domu. Dom wyglądał równie przytulnie, schludnie, jak w obejściu. Zaprowadziła mnie do swojego pokoju. Pierwsze, co zauważyłem to jej prywatne zdjęcia na komodzie, jej z Jacksonem i naszej czwórki. Westchnąłem. Nie spodziewałem się, że trzymała nadal zdjęcia Jacksona i Sabine. Miałem nadzieję, że dawno odkreśliła grubą kreską już ten czas. Widocznie myliłem się. Być może nadal czuła więcej do Jacksona, niż do mnie...
Chyba widziała moją minę, bo wzięła jedną fotografię i przełożyła ją dalej.
Nadal stała oparta plecami o parapet i nie zwracała zbytniej uwagi na moją osobę. Nie mogłem mieć pretensji, rozumiałem ją. Jednak chciałem, aby dała mi jakkolwiek szansę. Niezruszona spoglądnęła w końcu na mnie. Czułem, że traktuje mnie z dużym dystansem, jakby bała się, że mógłbym coś zrobić nie po jej myśli. Raniła mnie jej reakcja, ale nie przyjechałem tutaj, by użalać się nad sobą, a spróbować zawalczyć o nasz związek. Widziałem, jaką miała już ochotę pogonić mnie, więc w końcu odważyłem zacząć:
- Ever, przyjechałem tu, bo... nie mogę pogodzić się, że odeszłaś ode mnie.
- Romano to już nie mój problem.
Podszedłem do niej i wręcz zarzuciłem się swoją obecnością. Wziąłem jej ciało w namiętny uścisk swojego. Usta jej zamknąłem w swoich wargach. Wszystko we mnie spotęgowało się z podwójną siłą. Chciałem mieć ją na wyłączność i nie martwić się o nic. Chciałem zaszyć się w czterech ścianach z nią i oddalić czyhające na nią niebezpieczeństwo. Chciałem zapewnić jej bezpieczeństwo, czułość, miłość, przyjaźń.
Spróbowałem opanować się i po chwili zażytego pocałunku odsunąłem się od niej o pół kroku, by odezwać się do niej ponownie.
- Jeśli kiedykolwiek kochałaś mnie, wróć do mnie.
Spuściła głowę i odwróciła się plecami do mnie, cicho łkając. Zacząłem skradać się do niej, kiedy ona zapłakana zwróciła do mnie.
- Wyjdź z mojego domu!- Krzyknęła, nie próbując skryć swoich emocji.




czwartek, 27 września 2012

Rozdział szósty.




Ostatnimi razami nie mogłam zasnąć od feralnego dnia.... minął już cały tydzień, a ja nadal nie umiałam podnieść się po stracie. To było ponad moje siły. Nie potrafiłam i nie szybko pogodzę się. Tego dnia wstałam po raz pierwszy od tygodnia z łóżka. Dopiero teraz zauważyłam, jak bardzo osłabłam i poczułam odleżyny na całym ciele. Odetchnęłam spokojnie i zdobyłam się w sobie, żeby w końcu spojrzeć we własne odbicie w lustrze, które wisiało w ''mojej'' małej obskurnej łazience. Dalej nie mogłam przyzwyczaić się do niej, jak i całego domu, w niczym nie przypominał moje rodzinnego. Minął już rok odkąd zamieszkałam tu z Jacksonem po mojej przemianie. Chyba nigdy nie przyzwyczaję się do tego ''lepszego życia'', jak mówił Jackson. To nie istotne..., pomyślałam wtedy.
Podeszłam do lustra, z którego został dokładnie kawałek szkła lustrującego odbicie, po tym jak nerwy puściły mi kilka dni temu. Odgarnęłam z twarzy przetłuszczone włosy i swój wzrok skierowałam prosto na lustrzane odbicie.
Pierwszy detal, który ujrzałam to podpuchnięte oczu pogrążone w żałobie, lekko fioletowe sińce pod oczami i ledwo podnoszące się powieki, spuchnięte od płaczu. Przymknęłam jej, by otrząsnąć się z tego widoku. Wyglądałam okropnie.
Znowu nie wytrzymałam i wybuchłam panicznie przeraźliwym płaczem. Nie umiałam przestać myśleć o tym dniu, kiedy z mojego życia, ze świata zniknęła tak ważna osobna, tak bliska memu sercu. Wszystkie wspomnienia powróciły, a łzy same napłynęły do oczu. Pozwoliłam spadać im do umywalki przed którą stałam ciągle.
Zrezygnowana skuliłam się na kawałek czystej zimnej podłogi i wtedy po raz kolejny w tym tygodniu usłyszałam błagalne pukanie do drzwi ''mojego'' pokoju, co tylko zlekceważyłam następny raz. Ból, którego doświadczałam był zbyt duży, by dusić go w sobie i zmusiłam się znowu, aby cztery puste ściany wypełnił dźwięk spadających łez, braku tchu i dmuchanego nosa...


*

- Nigdy nie zachowywała się tak- odezwałem się, gdy wróciłem do salonu po tym, jak próbowałem zobaczyć ją; czy poprawiał się jej stan.
Niechętnie pokręciłem głową i bezradnie schowałem twarz w dłoniach. Bez słowa wstałem z miejsca i znowu ruszyłem na górę drewnianymi schodami. Musi mnie wysłuchać, teraz albo nigdy. Wstrzymałem oddech i głucho zapukałem w drzwi jej pokoju. Żadnej odpowiedzi. Drugie głośnie puknięcie, jedno przy drugim, bez przerwy. W odpowiedzi przerażająca cisza. Niepokoiło to mnie coraz bardziej. W głowie miałem same czarne myśli, do których mogła być podatna. Chciałem to jak najszybciej wyrzucić z mojej głowy, ale brak jakichkolwiek odgłosów, znaków życia z pokoju odbierało mi nadzieję.
Cofnąłem się kilka kroków od progu pokoju i bez dalszego myślenia rozpędziłem się w stronę drzwi, rozważające je. Bez większych problemów wszedłem do środka.
- Sabine- wołałem.
W pokoju nie zauważyłem jej. Okno było otwarte na oścież, a wiatr porywał firanki. Jak na lato, wakacje panowały naprawdę zadziwiające warunki pogodowe. Dreszcze przeszły po moich plecach na zimny podmuch wiatru. Podszedłem bliżej ona i zamknąłem je. Na podłodze leżały ich wspólne fotografie na widok, których zrobiło mi się ciepło na sercu, a łza zakręciła się w oku. Odetchnąłem ciężko, widząc ją na zdjęciu szczęśliwą, pełną entuzjazmu i ściskającą z miłości ukochaną osobę. Odłożyłem zdjęcia na półkę i podszedłem do jej łóżka. Poduszka była jeszcze mokra od łez. Zerknąłem ostrożnie na dalszą pościel, poszewka od kołdry była poplamiona. Czerwona plama przeraziła mnie i ponownie wykrzyknąłem jej imię. Zero reakcji. Odwróciłem się i wtedy zauważyłem drugie drzwi. Bez wahania ruszyłem naprzód. To musiała być łazienka. Zapukałem, nie zdziwiła mnie cisza, więc chwyciłem za klamkę, a drzwi zaskrzypiały, otwierając się. Kiedy zauważyłem doskonale znaną mi postać, odetchnąłem z ulgi. 
Siedziała skulona z wbitym wzrokiem w posadzkę, nie podniosła go nawet, gdy wszedłem do środka. Szybkim krokiem podszedłem i przytuliłem ją do siebie. Nieudolnie opuściła swoją głowę na moje ramię. Pokrzepiająco pocierałem jej plecy, dając jej do zrozumienia, że ma mnie i może na mnie polegać zawsze, całą wieczność póki nasze jestestwa chodzą po ziemi. Nie wytrzymała i wypłakała mi się w ramię. 
- Już spokojnie, Sabine. Jestem przy Tobie, cii- uspokajałem ją, kołysząc się razem z nią. 
- Chcesz mi powiedzieć, że wszystko ułoży się?- Zachlipała.
- Tak, wszystko będzie dobrze.
- Nie, nie będzie. Straciłam zbyt dużo, na początku własne ja, teraz ona... Romano, sam chyba najlepiej wiesz jak smakuje ból starty.
Miała rację.
- Ułoży się, Sabine. Tylko musisz dać sobie pomóc. Chcę być w Twoim życiu, gdy nie umiesz sobie z nim poradzić, tak jak i w chwilach, kiedy cieszysz się jak małe dziecko. Nie odsuwaj się ode mnie, proszę. 





Miałam nadzieję, że właśnie tak będzie jak mówił. Odetchnęłam spokojnie i wstałam z zimnych kafelków. Poczułam jego spadziste ramiona i bezsilnie upadłam w nie. Było mi lepiej z tym, że był tu ze mną. Musiałam pogodzić się z tą agonią, która zabrała mi matkę. Nie chciałam żegnać się z nią, z najukochańszą osobą na świecie, która bezwzględnie kochała i szanowała moje decyzje, zawsze wspierała...
Najbardziej właśnie bolało mnie, że nie było mi dane pożegnać się z nią, przytulić się do niej i ostatni raz zapłakać w jej rękaw, mówiąc ostatnie kocham cię. Odetchnęłam ciężko i przytuliłam się bardziej do niego. Wyczułam jego wyrazisty zapach, na który lekko uśmiechnęłam się.
- Dziękuję- odezwałam się.
- Sabine... przykro mi, ale uwierz mi, że damy sobie radę.
Usłyszawszy to naprawdę zrobiło mi się na sercu lepiej. W końcu wypowiedział ''my'', gdy nie naciskałam na niego. Spoglądnęłam na niego i zobaczyłam, że mówił prawdziwie.
- Jackson jest w domu?
- Tak, chodził na zmianę ze mną i czuwał przy drzwiach, dopóki sam podjąłem decyzje rozwalenia twoich drzwi.
- No tak... możesz zostawić mnie samą? Chcę dojść do siebie.
- Jasne. Już wychodzę. Czekam z Jacksonem na dole- powiedział i wychodził pośpiesznie z łazienki.
- Romano! Dziękuję, że wszedłeś tu mimo wszystko- odezwałam się, na co on tylko machnął ręką i już go nie było.


Wróciłam do sypialni i otworzywszy jedną z szafek wybrałam swoje ulubione jeansy, szmaragdowy sweter. Ruszyłam do łazienki. Zamiotłam szkło, odkręciłam korek z ciepłą wodą i dolałam do niej kilka kropel żurawinowego płynu. Zapach rozniósł się po całym pomieszczeniu i do moich nozdrzy. Mimowolnie uśmiechnęłam się do woni, przypominając sobie wydarzenia z około dwóch lat temu, kiedy razem z Romano wyjechaliśmy na wspólny weekend za miasto. Jedno z moich ludzkich wspomnień z Romano. Bardzo miłych i dokładnie zachowanych wspomnień w mojej pamięci.
Z niecierpliwiona zdjęłam z siebie ciężkie spodnie i brudną bluzkę. Wskoczyłam szybko do przyjemnej wody i zaczęłam dokładnie pienić gąbką każdy detal mojego ciała. Chciałam tym płynem zmyć z siebie ból i zmęczenie. Zaraz jak skończyłam mydlić skórę, wzięłam się za uporządkowanie moich gęstych włosów. Umyłam je. Kiedy wyszłam z wanny poczułam się o wiele lepiej. Po raz pierwszy przyznałam rację mojej byłej przyjaciółce- Ever, że zwykła kąpiel działa cuda. Szybko ubrałam się w czyste ubrania i lekko wysuszyłam wilgotne włosy, zaczesując je na boki. Nawilżyłam twarz, kryjąc pod makijażem oznaki przemęczeni, żałoby i zaraz zeszłam na dół, do chłopaków.
Romano rozluźniony siedział na fotelu, za to Jackson chodził spięty od okna do okna. Gdy schodziłam tak, obawiałam się współczucia Jacksona i pytań, jak trzymasz się itd.
Jednak ogarnęło mnie zdziwienie, bo nic takiego nie zaszło. Podszedł do mnie i przytulił mnie pełen zrozumienia.
- Dobrze wyglądasz- odezwał się.
- Dziękuję Jackson.
Podniosłam powieki i zobaczyłam, jak z uśmiechem wpatruje się we mnie Romano. Uniosłam kąciki ust do niego. Sytuacja była przedziwna. Mój były chłopak szczerzył się do mnie, osieroconej wampirzyc, kiedy byłam w ramionach jego byłego przyjaciela, także wampira, który przemienił mnie. Nie poznawałam już tego świata!



___________________________________________________________________________

Witam was nowym rozdziałem, mam nadzieję, że podniosłam wam ciśnienie, chociaż trochę hahaha :)
I jak? :D 

niedziela, 12 sierpnia 2012

Rozdział piąty.




Siedziałam cicho wijąc się na głównej sofie w salonie, w którym panowały od kilku dni sanitarne warunki. Do pokoju nie wpadał żaden promień słońca. Światło raziło mnie, dlatego zdecydowałam się odciąć od niego i świata. Okna zasłaniały ciężkie stare zasłony, nie wiem skąd znalazły się w spadkowym domu Jacksona. W powietrzu unosił się kurz od którego kręciło mnie w nosie, ale to było nic w porównaniu, co nadal działo się ze mną od zakończenia roku szkolnego.
Moje obolałe ciało opadło na łóżko i skręciłam się na łóżku w kłębek z bólu. Zacisnęłam zęby, a korona mojego zęba weszła równo w przeciwną. Myślałam, że ulży mi i będę mogła skupić swoje myśli na czymś innym, jak zawsze przed moją przemianą. Myliłam się jednak. Cała ja odczuwałam ból, tęsknotę i rozpacz, że mimo mojej nieśmiertelności mogę zginąć w otchłań nieznaną...
Jackson przez ten cały czas chodził za mną, jak mój cień. Zdawało mi się nawet, że był przerażony bardziej niż ja. Nigdy wcześniej nie widziałam go tak zatroskanego.Czułam, że uważał się odpowiedzialny za to, co spotkało mnie. Nie miał powodu, wiedział doskonale, że to mogło spotkać go.
Bywało jednak, że nie ukrywałam nieraz żalu, ale gdy brakowało mi sił płakałam w jego ramię.
Tego popołudnia Jackson siedział w swoim laboratorium, które specjalnie zaangażował działkę za miastem. Miał już skończyć badania reflektora, który prawdopodobnie urządził mnie tak.
Kuląc się potruchtałam do kuchni, gdzie znajdowały się moje zioła, które Jackson przyniósł z ''daleka''. Bardzo interesowało mnie, co miał na myśli, mówiąc mi o pochodzeniu tego niby leku. Gdy pytałam się go o to lekceważył mnie. Zaparzyłam zioła w swojej ulubionej porcelanie od Romano i upiłam ich łyk. Miały mnie podnieść na siłach. Piłam je trzy razy dziennie, ale póki co efekty były niewidoczne.
Dzwonek do drzwi, który nagle rozbrzmiał w mieszkaniu, zupełnie wybył mnie z równowagi. Zachwiałam się do tyłu, ale w czas zareagowałam i chwyciłam się obicia krzesła, stojącego tuż koło stołu. Odetchnęłam i podeszłam do drzwi, by otworzyć je Jacksonowi, który zapewne znowu zapomniał kluczy. Ku memu zdziwieniu nie był to on, lecz u progu stał zatroskany Romano.
- Cześć- odezwał się skrępowany.
- Wejdź.
Wyglądał na zmęczonego i zmartwionego. Westchnęłam, przeczesując palcami przetłuszczone od potu włosy i z bólem głowy usiadłam na fotelu obok niego.
- Źle wyglądasz- powiedziałam mu.
- Dzięki, Ty też- odparł sarkastycznie, ale wcale nie było mu do śmiechu.- Jackson dał mi adres.
Otworzyłam szeroko oczy. Nie dowierzałam, że Jackson tak po prostu dał mu adres, gdzie teraz mieszka on razem ze mną, bo łączy nas ciemna tajemnica.
- Trochę nalegałem- dodał, widząc moją reakcję.- Jak się czujesz?
- Mam już dość. Chcę umrzeć i nigdy więcej nie czuć takiego bólu.
Widziałam na jego twarzy zgorszenie. Widocznie i on winił się. Byłam ciekawa dlaczego, ale nie miałam zbytniej ochoty na wypytywanie się. Był na włosku wytrzymania, więc tylko moment i wszystko mi wyśpiewał:
- Nie powinienem prosić Cię o tyle. Powinienem dać Ci odejść już na zawsze.
- To czemu tego nie zrobiłeś?
- Nie umiałbym pogodzić się z utratą po raz drugi, kiedy znów pojawiłaś się. Przepraszam Cię.
Wstałam z fotelu i chwiejnym krokiem podeszłam do aneksu kuchennego po filiżankę ziół. Na własnych plecach poczułam jego stęskniony wzrok. Po długiej przerwie znów nie umiał oderwać ode mnie oczu. Dwa tygodnie temu pochlebiałoby mi to, a teraz nawet nie miałam siły na uśmiech w jego stronę. Wszystko i wszystkich obwiniałam. Znów moje bezsilne, bezwładne ciało opadło na podłogę. Poczułam jego silne ramiona, które unosiły mnie ku górze. Otworzyłam oczy i zobaczyłam twarz mojego byłego chłopaka, który właśnie ostrożnie kładł mnie na sofie, przy czym czule pogłaskał mnie po włosach. Chciałam mu wykrzyczeć cały ból, który czułam, ale zdobyłam się tylko na lekkie odepchnięcie go od siebie.
- Odejdź- krzyknęłam.- Nie chcę nikogo tu widzieć. Nawet Ciebie!
On z podniesioną głową odbierał moje kolejne ciosy. Ścisnął moje ręce w nadgarstkach. Niechętnie wbiłam paznokcie w jego skórę, pokazując, jak ''bronię'' się choć oboje wiedzieliśmy, że nic nie groziło mi. Wtedy do mieszkania wszedł Jackson, który zastał nas na łóżku, kiedy próbowałam wyrwać się z uspokajającego uścisku Romano.
Romano zauważywszy Jacksona w drzwiach trochę odpuścił i cofnął się, lecz nadal trzymał mnie za dłonie, kiedy jego krwawiły. Lekceważył Jacksona, który wszedł właśnie do kuchni i ciągle spoglądał w naszą stronę, aż w końcu powiedział:
- Nie przeszkadzajcie sobie.
Westchnęłam i odwróciłam się do Jacksona:
- Coś nowego masz? Jakiś trop?
- Nie będę teraz o tym mówił- odpowiedział beznamiętnie i włączył ekspres.
- Zemdlałam przed chwilą. Czuję się, że niewiele czasu mi zostało...- ledwo zdołałam to powiedzieć.
Łzy bezsilności spływały mi po policzkach, a Romano nie zdążał ich wycierać wierzchem dłoni. Znowu wzmocnił uścisk. Nie miałam już sił. Zerknęłam na niego i oparłam dziś wyjątkowo ciężką głowę na jego ramieniu. Spojrzałam na Jacksona i zobaczyłam błysk w jego oku:
- Sabine, kiedy ostatnio żywiłaś się?
Sięgnęłam pamięcią, kiedy ostatni raz zalałam swoje gardło ciepłą, słodką cieczą.
- Nie miałam krwi w ustach odkąd omal nie rzuciłam się na Romano.








- Nie powinnaś chować swoich potrzeb w sobie, ani próbować ich lekceważyć. To niezdrowe, sama widzisz. Może Jackson miał rację- powiedziałem, kiedy znów zostałem sam na sam z Sabine.
- Romano! Dobrze wiem, czego potrzeba mi i mojemu ciału. Wątpię, żeby krew miała tu jakiekolwiek znaczenie. 
Mruknąłem coś niezrozumiałego przy nosie i westchnąłem. Potarłem swoją dłoń o dłoń i wpadł mi genialny pomysł do głowy, że wcześniej nie pomyślałem o tym. Nigdy nie myślałem, że będzie potrzeba mojej interwencji. Nie mogłem jednak liczyć na kogoś innego albo zwlekać z czasem, bo Sabine mogła umrzeć w każdej chwili. Miała przed sobą całe życie. 
Wstałem z sofy od Sabine. Jeszcze raz zerknąłem przez ramię na nią. Była totalnie wyczerpana, ledwo siedziała. Pewien, że zbliża się koniec sięgnąłem po nóż kuchenny, leżący na blacie kuchennym.
Odetchnąłem spokojnie i nóż przyłożyłem do skóry przedramienia. Odważnie z satysfakcją tego, co robię dźgnąłem bladą skórę, a sekundę później na jej powierzchni pojawiły się pierwsze krople brunatnej krwi.
Chwilę potem Sabine podniosła się z kanapy i rozzłoszczona zaczęła głośno kląć:
- Po cholerę to zrobiłeś?! Doprowadzasz mnie do szału samą obecnością, z krwią w tętnicach, żyłach, czy na skórze, kiedy plami twoje ubranie. Romano, wyjdź!!!- Powiedziała ciągle siedząc na miejscu.
- Nie, nie wyjdę- upierałem się przy swoim.
- Odpuść sobie i idź do Ever! Na pewno martwi się.- Usłyszałem kpiący, słaby głos Sabine.
Odwróciłem się do niej. Jej oczy zmieniły kolor. Byłą gotowa, aby rzucić się na mnie.
Kiedy spojrzałem się za nią po raz drugi nie było już jej tam. Stałą tuż za moimi plecami. Jej mroźny oddech wywołał dreszcze na moim ciele. Chciałem odwrócić, ale powstrzymała mnie. Czułem się nieswojo, kiedy stała za mną. Gdy dotknęła mojego przedramienia i byłem pewny, że wszystko dobrze zakończy się i Sabine wróci do zdrowia.












niedziela, 17 czerwca 2012

Rozdział czwarty.



Do zakończenia roku szkolnego zostały jedynie dwie godziny. Ever właśnie okupowała łazienkę następną godzinę, by jak najlepiej upiąć włosy. Właśnie przyglądałem się treści smsa, którego niedawno otrzymałem. Zerkałem na komórkę, to na garnitur, który wisiał na wieszaku naprzeciwko. Od mojego ostatniego spotkania z nią minęły ponad trzy dni. Od tamtego czasu, gdy zbliżyliśmy się do siebie, próbowałem unikać jej.
Dziś nie uniknę jej, choćbym chciał. Musiałem iść do szkoły i odebrać świadectwo bez promocji do klasy maturalnej. To było pewne, że nie znam. Po tylu nieobecnościach, braku na zaliczeniach, choć pozytywnie zaliczałem po powrocie to i tak było zbyt mało.
Przeczytałem ponownie smsa: ,, Romano, nie zachowujmy się, jak dzieci. Musimy się spotkać. Tęsknię. ’’ Sabine miała rację. Zachowałem się, jak ostatni gówniarz. Odrzucałem, dawałem nadzieję, a później unikałem jej. Sam nie wiedziałem, czego tak naprawdę chciałem. Absolutnie pogubiłem się w życiu, odkąd wróciła… Cieszyłem się z jej powrotu, ale to i on namieszał. Nie wiedziałem, w którą stronę podążać…
Rozmyślenia przerwała mi Ever, która właśnie wyszła z łazienki:
- I jak wyglądam?- Uśmiechnęła się do mnie, obracając się wokół.
Wyglądała naprawdę cudownie. Miała na sobie sukienkę, którą razem wybraliśmy. Modny fason, a przede wszystkim soczysty czerwony kolor zwracał uwagę i podkreślał szczupłą sylwetkę. Lśniła w tej kreacji po prostu, ale to jej uśmiech królował.
- Wspaniale- podszedłem do niej i wziąłem ją w objęcia.
Odwróciłem się z nią w stronę lustra i przyjrzałem się naszemu odbiciu. Wzruszający obrazek, pomyślałem i zanurzyłem się w burzy jej loków. Pocałowałem ją  w szyję raz, drugi… ale na więcej nie mogliśmy sobie pozwolić.
- Gotowa na zakończenie tego roku szkolnego i przejścia do maturalnej klasy?
Kiwnęła niepewnie głową, a ja ucałowałem ją w czubek nosa, dodając jej więcej pewności i odwagi.



Nerwowo chodziłam za sceną. Z każdą sekundą byłam coraz mniej pewna tego, co chcę zrobić, ale gdy usłyszałam głos pani Brings nie mogłam już nic więcej zrobić, tylko wyjść na szkolną scenę i zacząć uroczystą galę.
Odetchnęłam i pewna siebie wyszłam naprzeciw całej społeczności szkolnej. Moja sukienka z trenem, porwana przez wicherek panujący w sali, lekko muskała moje kostki. Próbowało to rozkojarzyć mnie, ale nic z tego. Zdeterminowana, uśmiechnięta zaczęłam wypowiadać swoje kwestie według scenariusza.  Wzrokiem w tłumie szukałam jego oczu. W końcu zobaczyłam go, a raczej to on odnalazł mnie. Patrzył na mnie z niedowierzaniem. Gdy skończyłam swoją z pierwszych wypowiedzi, nie chciałam schodzić ze sceny i tracić kontaktu wzrokowego z nim, ale musiałam. Moje serce płakało z tęsknoty. On widział to i odprowadził mnie swymi smutnym wzrokiem zza kulisy.
Usiadłam na stołeczku przy Jacksonie, który zajmował się nagłośnieniem przy całej uroczystości. Niechętnie uśmiechnął się do mnie i zaraz wrócił do swojej pracy. Nie zdążyłam zamoczyć ust w szklance wody, bo zaraz wpadła do nas pani Brings, która była zachwycona moim talentem aktorskim na scenie.
- To przepływ emocji tylko- odpowiedziałam nonszalancko.
- Taylor byłaś wspaniała! Oby tak dalej! Za 5 minut wchodzisz. Ericku, dobra robota!- Powiedziała i wybiegła.
Westchnęłam i upiłam łyk schłodzonej wody. Zapomniałam już, jak smakuje kropla wody. Skrzywiłam się na mało charakterystyczny smak. W niczym czysta, zimna woda nie przypominała ciepłej, słodkiej krwi. Zostały 3 minuty. Poprawiłam makijaż i wyszłam ponownie na światła reflektorów.


Gdy wyszła po raz drugi, okna zostały przysłonięte ciężkimi zasłonami a scenę rozświetliły reflektory. Na ekranie z tyłu pojawiły się dwa znane mi zdjęcia i wtedy usłyszałem jej melancholijny głos:
- W tym roku szkolnym dwójka uczniów naszej szkoły zginęło z nieustalonych przyczyn. Niedługi czas temu przerwano śledztwo w ich sprawie. Sabine i Jackson byli wyjątkowo zaangażowani w prace na rzecz szkoły, jak i miasta. Nie zdążyliśmy im podziękować za to wszystko. Gdziekolwiek jesteście, jeśli jesteście…  dziękujemy za dobro, ciepło i miłość ...
Światło z reflektorów, które obejmowały ją jeszcze bardziej rozjarzyło się. Od tej pory nie miałem pojęcia, co działo się na scenie. Skóra Sabine mętniała a na niej pojawiły się, tak jakby oparzenia. W jej oczach widziałem ból, strach i wołanie o pomoc.
-… uczcijmy ich zmagania minutą ciszy- dopowiedziała, wpatrując się we mnie.
Nie miałem wyboru. Musiałem jej pomóc. Na szczęście Ever była z Stevenem po drugiej stronie sali, więc bez dodatkowych chwil opóźnień ruszyłem z ratunkiem. Chwila ciszy, by ,,uczcić Sabine”, została zakłócona przez jej ,,chłopaka’’ to naprawdę musiało wyglądać niedorzecznie. Wiedziałem, co robię. Moja była dziewczyna wcale nie umarła, lecz stała na scenie i potrzebowała mojej pomocy. Dotrwawszy na miejsce wziąłem ją za ramię i wyszedłem z nią za kulisy.
- Co się dzieje?
- Nie mam pojęcia, ale jestem przerażona. Piecze mi dekolt, plecy, ręce, ramiona. Coś jest nie tak… - powiedziała niespokojnie. Trzęsły się jej dłonie, a przy tym uginały się jej kolana. Jej oczy się zeszkliły.
- Wszystko będzie dobrze, zobaczysz- powtarzałem jej, tuląc ją do swego boku.
Zobaczyłem kątem oka jego karcący wzrok i natychmiast odsunąłem się od Sabine. Nie miałem pojęcia, co on sobie wyobrażał…
- Nie masz już wyjść?
- Nie, to był koniec- odpowiedziała niechętnie, gdy do nas doszedł Erick, a raczej Jackson.
Nie zamówiłem z nim ani słowa, odkąd dowiedziałem się kim naprawdę był przez ten cały czas i co zrobił Sabine… To przez niego te wszystkie cyrki. Nie wiedziałem, jakbym mógł zareagować, ale próbowałem uspokoić się i żadnego głupstwa nie zrobić.
- Co się stało?- Zapytał ją.
- Spójrz- pokazała na sparzoną skórę na dłoniach, dekolcie, ramionach, plecach.- Poparzyło mnie coś.
- Jak to coś?!- Spojrzał na mnie z niedowierzaniem, na co tylko spuściłem z niego swój potępiony wzrok i odwróciłem się do niej.
Po chwili odezwałem się jednak:
- Mam podejrzenia, że to mogły być reflektory… trzeba byłoby to zbadać.
- Masz jakieś inne objawy niż poparzenia?- Zapytał Sabine ponownie.
- Nudności i zawroty głowy- odpowiedziała.
- Myślałem, że wy nie… nie chorujecie…- wypaplałem.
- CO?!  On wie?!-Pytał  z wściekłością wypisaną na twarzy.- Chyba upadłaś na głowę! Oszalałaś, do cholery?! Przecież ostrzegałem cię, ale ty jak zawsze uparta zrobiłaś, co należycie ci podobało się! Nie wierzę, jak mogłaś być tak nieodpowiedzialna!  
- Uspokój się Jackson! Wszyscy zbierają się już. Pogadamy później- rzuciła mi smutno i zniknęła z Jacksonem w głębi kulis.





sobota, 16 czerwca 2012

Rozdział trzeci.





- Po co znów wracasz do punktu wyjścia? Dziewczyno, nie powinnaś mieszać się w ich życie- powitał mnie tak po pięciu dniach rozłąki.
- Erick, odwal się ode mnie! To Ty mnie tak urządziłeś, więc może nie pogrążaj się i zechcij zostawić mnie w spokoju, do cholery!
- Sabine, robię to dla twojego dobra. Nie panujesz jeszcze nad sobą. Mogłabyś skrzywdzić Ever... bądź Romano.
- Ever, Ever. Daj spokój. W zupełności wiem, co robię! Ja nie zapomniałam tego, co czułam wcześniej do Romano. To we mnie nadal żyje, zrozum chociaż ty!
- Gdybym wiedział Sabine nie przemieniałbym cię...
Gdy to usłyszałam, miałam ochotę rzucić się na niego z rękoma. Nie zrobiłam tego jednak. Był ode mnie większy o głowę, a przede wszystkim dysponował o wiele większą siłą. Byłam przegrana już na wejściu w starciu z nim. Jedna walka mnie czekała, o Romano. Tego nie odpuszczę, a pierwsze starcie miało nastąpić już wkrótce.







W mojej głowie ciągle siedziała ona. Zupełnie traciłem zmysły. Zajście sprzed kilku dni tkwiło we mnie non stop i żyłem tym. Choć wtedy zaprzeczyłem jej to tak naprawdę chyba chciałem okłamać siebie, bo Sabine zna mnie zbyt dobrze, żeby tego nie zauważyła. Zawsze będzie mi bliska...
W moim życiu pojawiła się, gdy straciłem wystarczająco dużo, by życie straciło sens. Po tragicznym wypadku mojej babci, która podczas spaceru w lesie dostała zawału, zostałem zupełnie sam. Moi rodzice wyrzekli się mnie, kiedy byłem bardzo małym dzieckiem i oddali w opiece babci. Nigdy ich nie widziałem. Babcia nie chciała, bym utrzymywał z nimi kontakty i bym kiedykolwiek ich poznał po tym, co wyrządzili mi. Po śmierci babci przeszło mi przez myśl, by odszukać rodzinę... ale przecież jej nie miałem. Jedyną moją rodziną była babcia i koło się zamykało. Wtedy do San Diego w stanie Kolorado przyjechała Sabine. Poznałem ją jej pierwszego dnia w szkole, gdy jako członek samorządu musiałem oprowadzić ją po naszej szkole i tak zaczęła się nasza znajomość. To jej zaufałem po starcie. Była moim najlepszym przyjacielem jakiegokolwiek miałem. Spędzałem w jej towarzystwie najlepsze chwile mego życia i popadłem w nawyk, uzależniłem się od niej.
Kiedy straciłem ją, czułem się zagubiony, nie swój, do teraz. W końcu jest ona, ale teraz to zupełna inna bajka... przecież zakochałem się w Ever i jestem z nią.
Wyszedłem spod prysznica, przecierając ręcznikiem włosy. Ever pakowała się w pokoju właśnie do szkoły i zaraz oboje zeszliśmy do garażu, aby móc jechać na jedne z ostatnich zajęć w tym roku szkolnym.
Parkując na szkolnym parkingu już zauważyłem ją. Była ubrana jak ona, kiedy po raz pierwszy się całowaliśmy, zupełnie ta sama sukienka. Jej włosy też powróciły do naturalnego koloru. Obok niej stał Jackson z Stevenem. Wydawało mi się, że przeżywałem déjà vu.
- Patrz Romano, Taylor zmieniła fryzurę. Pasuje do niej jeszcze lepiej niż jej ciemne, no nie?- Przywróciła mi uwagę Ever, a ja coś mruknąłem i patrzyłem w to samo miejsce, co ona.
Nagle w mojej głowie pojawił się jej głos: ''Niezręcznie jest tak ciągle patrzeć na swoją byłą! Powinieneś zająć się Ever i w końcu wyjść z tego auta. No dalej Romano''. Byłem stłumiony  Znów spojrzałem w ich stronę. Jackson odciągał jąza ręke do budynku. Ever w tej samej chwili wyszła na zewnątrz. Podążyłem za nią. Steven podszedł do nas i w trójkę weszliśmy do szkoły. To będzie szalenie trudny dzień, pomyślałem.










Dobrze postępuję, tak myślałam i jak na razie nic nie zaprzeczało temu, prócz grzędzenia Jacksona:
- Za szybko to wszystko! Oni nie są tacy głupi, za jakich ich uważasz. Połapią się, zobaczysz.
Nie mogłam już tego wytrzymać, ale też nie chciałam wybuchnąć na stołówce. Opanowałam się. Odetchnąłem raz, drugi i przeszło mi.
- Nie powstrzymuj mnie Jackson. Wiem, co i jak zrobić, by nasza ukochana, krucha Ever nie dowiedziała się.
- Tylko, abyś miała rację- cofnął się i wyszedł ze stołówki.
Kątem oka zobaczyłam, że Ever też żegnała się z Romano. Kiedy wyszła, wstałam z miejsca i przysiadłam się do niego po prostu.
Nie ukrywał zaskoczenia:
- Co ty tu robisz?
- Siedzę z tobą?!- odpowiedziałam nonszalancko pytaniem na pytanie, a on przewrócił z dezaprobatą przewrócił oczami. Doskonale wyczuwałam to, że nie wiedział, jak ze mną rozmawiać w tej sytuacji.- Wkurzasz mnie.
- Ja cię? Żartujesz, prawda? To nie ja bawię się w jakieś retrospekcje, tylko ty. Utrudniasz mi wszystko.
- Mówisz zupełnie jak Jackson. Czemu nic nie rozumiecie?
- Nie ma tu nic do rozumienia,Sabine. To białe na czarnym. Nie umiałbym, po tym jak odeszłaś... zbyt wiele się zmieniło, zrozum wreszcie.
Nie mogłam tego dłużej słuchać, nie z jego ust.
- Wciąż Cię kocham- wykrzyknęłam mu łamiącym głosem w twarz i wybiegłam ze stołówki w hol.
Nie mogłam już ukrywać swego bólu, a łzy swobodnie spływały mi po policzkach w dół, plamiąc moją pamiętną brunatną sukienkę. Robiłam widowisko, zdałam sobie z tego sprawę. Weszłam do łazienki i usiadłam na zimnej posadzce w jednej z kabin.
Chyba nadeszło to, co chciałam jak najdalej odsuwać od siebie- jego odrzucenie. Potrzebowałam ciszy i spokoju. Zawsze to przywracało mi równowagę ciała, duszy i umysłu. Jednak to nie działało wtedy. W środku mnie zgotowało się i zgrzytało. Zaryczałam głośno. Nawet przemiana nie była tak bolesna... Ból odrzucenia przeszywał moje serce. Wstrzymałam oddech, gdy usłyszałam zgrzyt drzwi od łazienki. To był człowiek, czułam wokół człowieczą woń. Czułam też, jak ostatnie części mojej zachowawczej kontroli ulatniają się. Szturchnięte drzwi ugięły się pod siłą, ale nic więcej. Wyglądało na to, że zostały zatrząśnięte. Nie wytrzymałam. Rzuciłam się na nie. Pragnęłam teraz tylko krwi. Wstrząśnięta zauważyłam, że moją zdobyczą był Romano. Widziałam, jak zesztywniał na widok zdesperowanej mnie. Oszołomiony patrzył na mnie.
Czułam, jak przemieniam się w potwora. Jak znikają moje błękitne oczy, a ich miejsce zajmują czerwono krwiste soczewki, moje dłonie zmieniły się w wydłużone szpony, a całe ciało wytężyło się gotowe do ataku.
Romano cofnął się do samego kąta, z którego nie miał żadnej drogi ucieczki.
- Romano, musisz uciekać!
- Nie mogę cię zostawić w takim stanie. Czuję się odpowiedzialny... - powiedział skruszony, co podziałało jak balsam dla mojego ciała.
Wróciłam do swojego wcielenia, człowieczego, do następnej przemiany...
- Sabine, wszystko w porządku?- Spytał stroskany, podchodząc do mnie.
Łagodziłam trzęsącymi dłońmi moją rozpaczliwie poszarpaną sukienkę i próbowałam dojść do siebie, ale jego obecność przeszkadzała mi w tym.
- Przepraszam Cię- usłyszałam jego głos, a kątem oka zauważyłam, jak zbliża się do drzwi.
- Teraz tak po prostu wyjdziesz? Nie wierzę...
- Sabine, a co mam zrobić?- Odwrócił się do mnie z wkutym boleśnie wzrokiem. Znów nadszedł strumień mroźnych łez. Nie chciałam, by widział moich słabości. Schowałam twarz z przeraźliwie rozmazanym makijażem w dłoniach i cicho łkałam.Usłyszałam ciche kroki. Byłam pewna, że wyszedł już, kiedy poczułam, jak podnosi moją głową. Otworzyłam szeroko oczy i ujrzałam jego rysy twarz, jego wargi tuż koło moich. Brakowało mi tchu.
- Nie zostawię Cię! Nie bój się!- Ogarnął mnie swym ramieniem i poczułam spokój. Nie mogłam tego zaprzepaścić.
- Brakuję mi Ciebie!
- Mi Cię też- pocałował mnie delikatnie i ostrożnie w usta.
Ten jeden pocałunek dał mi wiele, to czego pragnęłam i nadzieję, że nie wszystko stracone i mam o co walczyć.








Rozdział drugi.






Dwa tygodnie później...



Nieubłaganie zbliżał się koniec roku szkolnego i miały nastać wakacje. W sumie to dobrze, tak myślałem. Sądziłem, że dwa miesiące to wystarczający czas, żeby zdołać odciągnąć Sabine od Ever.
Ostatnie dni były dla nas ciężkie, omal nie zerwaliśmy ze sobą. Wszystko za sprawką oczywiście Sabine i jej manipulacji Ever. Ever wówczas traciła zmysły, w ogóle nie przypominała własnej siebie i czepiła się dosłownie do wszystkiego. Była jak tykająca bomba. Na szczęście zdążyłem zapanować nad tym w czas. Gdy była w zbyt bliskim kontakcie z 'Taylor' traciła głowę i własny zdrowy rozsądek.
Tamtego dnia wstałem specjalnie wcześniej, by móc wyprzedzić Ever. Przygotowałem śniadanie, by jakoś załagodzić całą sprawę. Kiedy Ever zeszła na dół była naprawdę mile zaskoczona.
- Romano- uśmiechnęła się.- Nie wierzę.
- Wiem, że odkąd jesteś to nie bardzo angażowałem się w kuchni, ale mieszkając sam musiałem umieć przygotować sobie każdy posiłek. Ever sytuacja, która miała miejsce kilka dni temu ciągle dręczy mnie. Wiem, że śniadanie tu nie zmieni wszystkiego, ale chciałbym abyś nie kryła już do mnie urazu, a jeśli nadal ją masz powiedz mi o tym otwarcie... Ever, kocham Cię i nie chcę, by cokolwiek i ktokolwiek nas rozdzielił.
- Romano, wszystko już w porządku. Chcę Cię też przeprosić za moje okropne zachowanie. Nie wiem, co mną kierowało, zupełnie nie wiem. To naprawdę było dziwne. Nigdy nie potrafiłabym CIę tak zranić, bo szalenie Cię kocham! Przepraszam...- powiedziała załamanym głosem, siadając na krzesło. Wyglądała na zmęczoną i przejętą bardziej niż byłem ja sam. Miałem ochotę skończyć tą wieczną wstrzemięźliwość, w której trwaliśmy od tygodnia, kiedy kłótnie nie przestawały. Chciałem już dotknąć jej dłoni, nadgrastków, obojczyków, warg i zapomnieć o tym wszystkim, zarzutach i obrazach sprzed kilku dni. Gdy znalazłem już odwagę na pierwszy krok, wtedy ona zaczęła próbować wymówić jakieś słowa, ale nie wychodziło to jej po prostu. Odwróciłem się ku niej i zobaczyłem, jak bardzo zbledła.
- Ever, co się dzieje?- Spytałem zdenerwowany.- Ever źle się czujesz?
Kiwnęła głową. Zszokowany podeszłem bliżej niej, kucnęłem przy niej, by móc się przyglądnąć jej uważnie. Miała bladą skórę, na której pojawiły się małe krople potu, a usta zsiniały. Podałem jej szklankę zimnej wody, którą upiła ostrożnymi łykami z widocznym trudem.
- Ever, sądzę,że woda nie pomoże. Powinnem zawieść Cię na pogotowie, coś jest nie tak... Ever.
Chciała mi coś powiedzieć, ale nie była w stanie. Nie wiedziałem, co dzieje się a coraz bardziej panikowałem. Ever traciła siły, ciężko wciągała powietrze do ust. Wstałem od niej i zacząłem szybko zbierać się, kiedy do drzwi ktoś zadzwonił. Zdenerwowany wszystko rzuciłem i otworzyłem. Była to Sabine. Zszokowany spoglądnęłem w jej oczy i widziałem przerażenie, którego nie rozumiałem, ale gdy rzuciła się z pomocą do Ever, zrozumiałem.
- Ever nie zamykaj oczu! Próbuj ciągle, mimo wszystko, spokojnie oddychać. Wiem, jak ci pomóc. Nie dzwoń nigdzie, to zbędne już!- Skierowała do mnie.
Nie wiedziałem zbytnio, co zrobiła Sabine, ale dotknęła palcami Ever czoła i zaraz Ever ulżyło. Byłem zmieszany, ale przede wszystkim wdzięczny jej za ocakenie życia Ever.
- Taylor to bardzo dziwne, ale się czuję bardzo dobrze. Jak to zrobiłaś?
- Masaż skroni według mojej babci, zawsze na wszystko mi pomagał- uśmiechnęła się.
- Żartujesz? Ale mimo wszystko dziękuję. Jesteś moim aniołem- zaśmiała się Ever.- Przysiądziesz się do nas?
Miałem już krzyknąć, ewentualnie uciec stąd, jak najszybciej i jak najdalej, bym tylko nie musiał spędzać tego ranka w obecności swojej byłej i dziewczyny na raz... gdyby Ever wiedziała.
- Jasne- odpowiedziała Sabine, uśmiechając się serdecznie do Ever i przelotnie spoglądając w moją stronę. Wówczas znów zobaczyłem dawną Sabine na chwilę, a serce rozpalił mi żar tęsknoty za nią.
Usiadłem grzecznie obok Ever, gdy spojrzała zagubiona na mnie. Na przeciwko siedziała już ona. Nalałem im herbaty, a sam zostałem jednak przy schłodzonej wodzie. Chciałem jak najszybciej skończyć tą żenującą chwilę mojego życia.









Nie jestem pewna tego, co robię. Zaplanowa intryga udała mi się wyśmienicie. Ever widziała we mnie swojego anioła stróża, a on nienawidził, tęsknił i pragnął mnie, widziałam to, przenikając przez jego duszę. Osiągnęłam cel, którego pragnąłam. Teraz wystraczy wykorzystać go jak najlepiej. Miałam kilka wątpliwości, ale szybko je rozwiałam. Postanowiłam zrobić to wszystko, by znów mieć w swoim władaniu, na wyłączność miłość mego życia! Nikt już mnie nie powtrzyma przed tym!
- Taylor, może jeszcze sałaki?- Obiło mi się o uszy, ale tylko wzdrygłam. Sałatka, dobre sobie! Zupełnie zapomniałam o tym, gdzie znajdowałam się i w jakim towarzystwie, dopiero po szturchnięciu jego nogą odzyskałam zupełną przytomność i rozeznanie w całej sytuacji.
- Nie dziękuję- wysiliłam się na kolejny nieszczery uśmiech, należący bezustanie do Taylor.
Cały czas siliłam się tylko na takie uśmiechy. Nie wiem w sumie, czy byłam dobrą aktorką, bo Ever nabierała się, Romano natomiast wzdymał usta, kręcił nosem i wznosił oczy do nieba, a Jackson ciągle wmawiał mi, bym zostawiła przeszłość daleko w tyle. Łatwo było mu powiedzieć... Jego pragnienie kończyło się na krwi. Moje nastomiast nie... nie umiałam już z tym żyć, ani nie zamierzałam dalej kryć.
- Powinnam już zbierać się. Eric pewnie głowi się, gdzie podziwam się- powiedziałam po godzinnym śniadaniu w towarzystwie ''gołąbeczków''. Mdliło mnie na widok, jak on ją dotykał, całował, śmiał się do niej... Ogarnął mnie gniew, tęsknota i złość, ale wszystko doskonale maskowałam pod wampirzą skórą, która była doskonała do krycia ''ludzkich'' uczuć.
- Taylor zaczekaj. Romano cię podrzuci, bo ma jechać właśnie na trening.
Widziałam na jego twarzy zdezerientowanie zaistniałą sytuacją. Przez chwilę było mi jego żal, ale bezlitośnie uśmiechem zgodziłam się na propozycje kochanej przyjaciółeczki.
Gdy wyszłam z Romano na zewnątrz poczułam się jak kiedyś. Byliśmy zupełnie sami, ale jeszcze na widok Ever. Jak na razie wolałam nie ryzykować. Zmieniło się wiele odkąd stałam się wampirem, ale tak naprawdę nic. Moje i jego uczucia nadal były, u niego trochę stłumione przez nią, ale da się to ocalić jeszcze.
- Wsiadaj- odezwał się do mnie.
- Mógłbyś być bardziej miły, chociażby na wzgląd naszej wspólnej przeszłości...- niechętnie wypowiedziałam ostatnie słowo, wsiadając do środka samochodu Romano.- Najchętniej nigdy nie wyszłabym z domu tamtego dnia, ale wątpię, by to unikło właśnie mnie.
Romano schwytał mocno rękoma kierownice i przyłożył do niej głowę.
- Mnie też męczy ta sytuacja, uwierz- wydusił z siebie.
- W końcu mówisz do rzeczy Romano- sięgnąłam po jego dłonie, ale on cofnął szybko ręce.
- Sabine to już przeszłość...- powiedział i nie odzywał się póki nie odwióżł mnie nad przedmieścia. Rzucił mi niechciane, pełne bólu ''cześć'' i odjechał, zostawiając mnie w amoku, który przygnębił mnie.







Rozdział pierwszy.


Ever czekała na mnie, kiedy wróciłem. Musiałem szybko otrząsnąć się z szoku, jakiego doznałem i wszystko głęboko znów skrywać w sobie. Ever nie mogła niczego się domyślać. Wszedłem więc z uśmiechem do salonu jadalni i zdjąwszy bluzę, usiadłem obok niej. Miło mnie powitała i już tego wieczoru nie mogłem oderwać się od niej.






Tamtej noc przebudzałem się wiele razy. To wszystko było chyba związane z poznaniem prawdy, zbyt dużo emocji mną kierowało. Cały czas sprawdzałem, czy nic nie jest Ever. Martwiłem się, jak nigdy. Na szczęście nic nie wskazywało na to, że coś się działo. Po kilku szklankach zimnej wody zaspokojony ułożyłam się ponownie i dopiero wstałem równo z dźwiękiem budzika.
- Romano, mam prośbę- powiedziała Ever przy stole w czasie śniadania.
- Tak?
- Moglibyśmy zajechać po Taylor?
I takiej sytuacji najbardziej się obawiałem. Miałem inne plany, jak wszystko skierować, by odsuwać od siebie takie właśnie sytuację.
- Czemu? Eric nie idzie do szkoły?
- Jedzie, ale co z tego. Taylor i ja przyjaźnimy się.
- Niech Taylor jedzie z Erickiem!- Uniosłem się.- Tak jak jest, jest dobrze.
- Dobrze- wstała od zastawy śniadaniowej i zaczęła sprzątać ze stołu.- Zbieram się już.
- Poczekaj jeszcze, wcale nie jestem przygotowany.
- Nie śpiesz się. Jadę z Taylor i Erickiem- wzięła torbę z książkami i wyszła, trzaskając drzwiami.
Mogłem zacząć biec za nią, ale wiedziałem, że to nic nie pomoże. Ever jest uparta, a jak ubzdura sobie coś to będzie wszystko robić właśnie po swojemu. Dopiłem kawę, przebrałem się, chwyciłem za plecak i zszedłem do garażu. Odkąd na "nowo" pojawili się, Ever stała się bardziej uparta i wzburzona niż wcześniej. Tego ranka tak naprawdę po raz pierwszy pokłóciliśmy się. Najbardziej wkurzyłem się, że ta kłótnia nie była z niczego, co by dotyczyło tak naprawdę nas. Było to za winą głównie Sabine, ''Taylor''. Ever zmieniła się pod jej wpływem. Wkurzony wszedłem do budynku szkoły. Skierowałem się do długiego holu z szafkami uczniów i zauważyłem, że przy nich stała również Ever ze swoimi ''nowymi'' przyjaciółmi. Stałem i nie wiedziałem, co mam robić. Zdecydowałem się podejść bliżej. Pomachałem do Ever, ale nie zauważyła, bo zagadywała ją Taylor, wydawało mi się, że ona właśnie zobaczyła mnie i robiła to wręcz specjalnie, by tylko Ever oddalić ode mnie. Gdy chciałem już podejść do nich, drogę zastawił mi mój przyjaciel, Steven. Przywitałem się z nim, wyjąłem książki z szafki i zagadany ruszyłem z nim na dziedziniec szkolny. Wypytywał się mnie, dlaczego nie ma ze mną Ever, a ja odpowiedziałem banalnie, że rozmawia gdzieś z przyjaciółką. Nie dopytywał się o więcej. Chwilę jeszcze porozmawialiśmy, a po dzwonku rozstaliśmy. Miałem nadzieję, że Ever będzie już w sali od języka angielskiego. Gdy wszedłem do klasy, nauczyciela jeszcze nie było a ona siedziała już na miejscu. Podszedłem do ławki i usiadłem obok niej. Milczała, a nawet nie spoglądała w moją stronę.
- Ever- odezwałem się, a ona nawet nie odwróciła twarzy w moją stronę.- Jesteś na mnie obrażona?
- Co za pytanie?! Oczywiście, że jestem urażona. Rzuciłeś się prawie na mnie rankiem.
- Nie na Ciebie kochanie- tyle zdążyłem znów powiedzieć, bo nauczyciel wszedł w tej chwili do klasy i zaczęła się lekcja a Ever podczas lekcji zawsze była skoncentrowana tylko na niej. Skazany byłem na czekanie aż do przerwy. Kiedy dzwonek zadzwonił schyliłem się natychmiast po torbę Ever i zacząłem pomagać jej w pakowaniu książek.
- Dam sobie radę- odezwała się nagle.
- Ever proszę Cię, nie zachowuj się jak dziecko. Zjesz ze mną lunch?- Spytałem, modląc się aby zgodziła.
- Masz rację powinniśmy sobie wyjaśnić pewne sprawy- zgodziła i skierowaliśmy się do szkolnej stołówki, zajmując tylne stoliki w zaciszu.
Odsunąłem krzesło dla Ever, a ona usiadła, przewracając oczami z uśmieszkiem. Usiadłem i patrzyłem prosto w jej oczy. Miała przepięknego koloru oczy, na pograniczu turkusu.
- Może zechcesz mi w końcu coś powiedzieć?!- Uniosła brew w górę, przyglądając się uważnie moim dłoniom, które splatałem ze zdenerwowania, choć nie wiem sam dlaczego denerwowałem.
- Ah tak, przepraszam. Ever nie chciałem Cię urazić dziś rano, ani nic z tych rzeczy. Chodziło mi o to, że widocznie za bardzo zaufałaś Taylor, nie uważasz? Zupełnie przecież nie znamy ani jej, ani Ericka. Nie chcę, abyś później przez nich cierpiała. Wybacz mi kochanie- ująłem jej dłonie, prosząc o zrozumiałość.
- Romano, naprawdę chcę mieć przyjaciółkę, a z Taylor świetnie rozumiem się. Czuję jakbym znała się z nią od lat, po prostu.
Bałem się właśnie tego. Znów wszystko wylatuje mi z rąk. Tracę powoli kontrolę, czuję to już teraz. Boję się.
- Rozumiem Cię Ever, ale nie możesz z inną dziewczyną z naszej szkoły bardziej za kumplować się?
- Nie mam zamiaru i nawet nie pytaj dlaczego, Romano. Nie musisz o nic martwić się. Przeżyłam nie jeden zawód kochany. Naprawdę to miłe, że tak troszczysz się o mnie- uśmiechnęła się- ale w tej kwestii odpuść, dobrze?
- Zobaczymy.
- Muszę już iść na zajęcia- pocałowała mnie w usta i po prostu wyszła, a chciałem jeszcze zapytać ją o tyle...





Po 6 lekcjach wyszedłem na parking przed szkołą, by wraz z Stevenem i chłopakami pograć w kosza. Po drodze spotkałem Sabine. Wszystko robiłem, by jej uniknąć. Myślałem, że naprawdę udaje mi się to, a wtedy ona wyskoczyła znikąd wprost na mnie. Miałem już ominąć ją, gdy odezwała się:
-Nawet się nie przywitasz ze mną?
- Co ty znów knujesz?
- JA?! Nie bądź śmieszny Romano, a czy to ja ukrywam się? Właśnie.
- Nie o tym mówię! Miałaś nie wchodzić w moje życie.
- NIE WCHODZIŁABYM, ale to TY wybrałeś! Przypomnij sobie! Sam doskonale podkreślałeś to, że Ever potrzebuje przyjaciółki, to będzie ją miała.
- Nie poznaję Cię- wymówiłem i wyminąłem ją bokiem a komórka mi rozdzwoniła się. Odebrałem wiadomość, była od niej ''mówiłam, że zmieniłam się. Nie ma już Sabine, niech w końcu dotrze to do ciebie. Pora pożegnać się z nią, Romano'. Kiedy odwróciłem, by spoglądnąć na nią, jej nie było już tam. Zdziwiony wszedłem na boisko i od razu chłopacy zaczęli wypytywać się, jak ma na imię ''ta nieziemska piękność'' itd. Myślałem, że wybuchnę, ale na szczęście dałem radę i dzielnie odpowiedziałem na ich wszystkie pytania. Gdy skończyła się ta męka dla mnie w końcu mogłem wybuchnąć, na boisku, jak śpiący wulkan.


Zmęczony wróciłem do domu. Ever jeszcze nie było. Wstawiłem ekspres na kawę, rzuciłem plecak w kąt i usiadłem, by rozłożyć się na sofie. Naprawdę byłem przemęczony tym dniem, tylko nie wiedziałem, czy bardziej psychicznie, czy też fizycznie. Rozciągnąłem się wzdłuż kanapy i nie mogłem dłużej wytrzymać tej pustki, która panowała w moim mieszkaniu, jak wcześniej, przed przeprowadzką Ever. Zadzwoniłem do Ever, niestety nie odebrała. Zrobiłem to jeszcze raz, ale nic. Być może miała jeszcze zajęcia. Chodziłem z kąta w kąt, co chwile spoglądając w okno, to na klamkę, czy czasem nie uchyla się pod chwytem jej rąk. Na plaży było równie pusto jak wewnątrz mojego domu, a klamka nawet nie drgnęła. Spojrzałem na plan lekcji Ever i z niego wynikało, że skończyła już godzinę temu. Zaniepokojony wyłączyłem ekspres, odstawiłem kawę i wyszedłem na zewnątrz. Nie mogłem dłużej tam wytrzymać. Plaża nadal była zupełnie pusta. Usiadłem na jednej z ławek i patrzyłem, jak woda faluje na morzu, jak ziarno piasku porywa wiatr i jak czas strasznie szybko upływa. Nim obejrzałem się był już wieczór. Sięgnąłem po komórkę, by sprawdzić, która godzina. Było po 8. Wróciłem do domu, a w nim zastałem Ever. Gdy wchodziłem do salonu, stała przy aneksie, popijając kawę i uważnie śledząc mój każdy krok. Czułem jej wbity wzrok.
- Cześć-odezwałem się w końcu.
- Gdzie tak długo byłeś?
- Mogę zadać Ci te same pytanie.
- Romano, odpowiedz mi- powiedziała i podeszła do mnie bliżej, a dzieliły nas milimetry wówczas.
Nie mogłem ani chwili dłużej wytrzymać tego przesłuchania. Ująłem jej twarz w swoich dłoniach i zacząłem zachłannie całować ją. Nie wyrywała się z moich ramion. Swoją ''podejrzliwość" i ''ukrytą zazdrość'' przełożyła na miłość, którą otoczyła mnie, a ja próbowałem jej dorównać.